O mnie

W tym miejscu powinienem napisać kiedy zrobiłem swój pierwszy nóż, jak mało miałem wtedy lat i ile noży od tamtej pory powstało.

Szczerze mówiąc, nie pamiętam ile miałem lat i pierwszym kutym wyrobem nie był nóż, tylko maczeta. Brzydka, koślawa, wykuta z resora od Malucha. Nie rozpoczęła ona serii wspaniałych noży, ale zasiała ziarno, które potrzebowało dużo czasu, żeby wykiełkować.

DSCF2023
A ziarno to wykiełkowało w najmniej oczekiwanym momencie, w Budapeszcie na międzynarodowej konferencji naukowej. Gdzie, na pierwszym roku doktoratu, trafiłem na warsztaty dotyczące dalszego rozwoju kariery. Prowadzący polecił opisać co tak na prawdę chcielibyśmy za 5 lat osiągnąć i jakie kroki musimy ku temu podjąć.  Nie potrafiłem sobie wyobrazić  siebie na żadnym stanowisku w dużej firmie, ani na uczelni.
Jedyne co sobie uświadomiłem, to od dawna odsunięte w kąt marzenie o robieniu czegoś własnymi rękami.
Czegoś użytecznego, wyjątkowego i pięknego.
A noże interesowały mnie od kiedy pamiętam – piękne w swojej prostocie, towarzyszące człowiekowi niemal od zawsze.
Proste narzędzie o niezliczonej ilości zastosowań i form:
od surowych roboczych po dzieła sztuki.

Wszyscy zajadle opisywali swoje wymarzone kariery naukowe,
a ja jedynie narysowałem kowadło i siebie przy nim, z młotkiem w ręku. Gdy zadowolony z siebie podziwiałem co mi wyszło, siedzący obok mnie Portugalczyk spojrzał na moją kartkę,
po czym, patrząc mi w oczy, szczerze zapytał: „To co ty tu jeszcze robisz?”

Rok później wróciłem do Polski. Wstępnie zakładałem, że robienie noży będzie zajęciem hobbystycznym. Podjąłem pracę w korporacji i po godzinach zamierzałem zająć się pasją. Jednak nie znając realiów funkcjonowania w korporacji, mocno przeliczyłem się co do ilości wolnego czasu. W efekcie w ciągu roku udało mi się zrobić tylko dwa proste noże (i to podczas urlopu (!)).

Pomimo zmęczenia, utraty zdrowia i stresu, które powodowała praca za biurkiem po 12 (i więcej) godzin dziennie, chęć robienia czegoś własnymi rękami była coraz silniejsza. W pewnym momencie przezwyciężyła strach przed rzuceniem pracy. Zdałem sobie sprawę, że jeśli teraz czegoś nie zmienię, to następny dogodny moment może nastąpić dopiero po przejściu na emeryturę.

A więc zrezygnowałem z pracy… i się zaczęło! Ponieważ wcześniej zaoszczędziłem trochę pieniędzy na prosty sprzęt i materiały, a rodzice dali mi możliwość mieszkania i pracy w domu rodzinnym, mogłem w końcu zająć się rozwijaniem pasji. A lekko nie było. Okazało się, że to wszystko, czego nauczyłem się z książek i internetu, wymaga tak na prawdę sporego doświadczenia aby mogło udać się w praktyce. Nie raz i nie dwa zdarzało się, że nóż pękał podczas hartowania i wielogodzinną pracę musiałem zaczynać od nowa. Drewno na rękojeści pękało, skóra się wypaczała, a szwy wychodziły krzywo. I tak wiele czasu, pieniędzy i materiałów pochłonęła nauka, głównie na własnych błędach. Moje ręce były obolałe, poparzone i pocięte. Nogi zmęczone od stania całymi dniami przy kowadle i szlifierce. We włosach i na twarzy miałem pełno stalowego pyłu i sadzy. Często zdarzało się, że pracowałem dłużej niż miałoby to miejsce podczas najbardziej intensywnych dni w korporacji. Paradoksalnie, nawet po najtrudniejszym dniu, pełnym niepowodzeń, szedłem spać szczęśliwy.

Teraz, po 4 latach nieustannej nauki i 150 nożach dalej, ciągle kończę każdy dzień pracy z tą samą satysfakcją i zadowoleniem. Wielką radość daje mi możliwość rozwoju i każdy kolejny nóż staram się zrobić lepiej od poprzedniego. Na szczęście osiągnięcie doskonałości jest praktycznie niemożliwe i dzięki temu nie grozi mi rutyna.


Od 2015 r robienie noży jest moim jedynym źródłem dochodu. Wykonuję je na pełen etat i mamy z Żoną zarejestrowaną działalność gospodarczą. Mogę więc śmiało powiedzieć, że z działalności hobbystycznej przeszedłem na zawodową.

Miałem zaszczyt udzielić wywiadu na temat noży dla Radia Gdańsk, zapraszam serdecznie do wysłuchania.